Aleksandra Banasiak - Dzień wolny siostry Awany
Aleksandra Banasiak miała 28 czerwca 1956 roku wolne. Chciała pochodzić po Poznaniu, obejrzeć wystawy sklepowe, zrobić zakupy i razem z siostrą odebrać ojca z dworca. Miała dwadzieścia jeden lat, pracowała w Szpitalu Raszei i mieszkała w bursie na poddaszu jego gmachu. W szpitalu znano ją jako siostrę Awanę. Była na początku zawodowej drogi, egzamin pielęgniarski zdała poprzedniego roku.
Wyszła około dziewiątej w cywilnym ubraniu. Nie zabierała opatrunków ani nie wybierała się na dyżur. Chciała wykorzystać wolny czas tak, jak robiła to wcześniej. Na ulicach szybko zobaczyła jednak poruszenie większe niż zwykły ruch związany z targami. Ludzie dokądś szli, rozmawiali o wydarzeniach w mieście, tramwaje nie jeździły normalnie. W jednym ze sklepów usłyszała o wiecu przed uniwersytetem i poszła zobaczyć.
Od tego właśnie zaczynam jej historię. Nie od fotografii wśród odznaczonych ani od późniejszych uroczystości, na których była jedną z najbardziej rozpoznawalnych uczestniczek. Najpierw była młoda kobieta na spacerze, ciekawa tego, co dzieje się na ulicach. Tego dnia miała stać się potrzebna znacznie wcześniej, niż planowała wrócić do pracy.
Pod więzieniem
Na placu Stalina znalazła się w ogromnym tłumie. Obserwowała demonstrantów, flagi i zamieszanie przy siedzibach władz. Nie znała szczegółów sporu robotników z przełożonymi. Poszła z ciekawości, a potem dała się prowadzić ludziom, którzy ruszyli w stronę więzienia przy Młyńskiej. Wśród zgromadzonych krążyła wiadomość, że uwięziono robotniczych przedstawicieli. Banasiak szła z innymi, poruszona tym, co słyszała.
Przed więzieniem była widzem. Nie otwierała bramy, nie kierowała uwalnianiem osadzonych. Widziała wyrzucane papiery i ludzi wychodzących na podwórze. Nagle jeden z więźniów rozpoznał ją, podbiegł i rzucił się jej na szyję. Dziękował, nazywając ją siostrzyczką. Musiał znać ją ze szpitala, choć ona nie potrafiła sobie przypomnieć, kim jest.
Poczuła się niezręcznie. Z jednej strony krępowało ją to, że ma znajomego wśród więźniów, z drugiej pomyślała, że może jest człowiekiem osadzonym za przekonania. Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Poklepała go po ramieniu i powiedziała: „Leć do chaty!”. W jego uwolnieniu nie miała udziału, ale na chwilę znalazła się w środku czyjejś radości.
Potem wróciła do Raszei. Było to dla niej naturalne miejsce powrotu: tam pracowała, mieszkała i znała ludzi. W bursie miała swoje rzeczy oraz pielęgniarski strój. Gdy sytuacja na pobliskich ulicach zaczęła się pogarszać, znajdowała się więc blisko zarówno rannych, jak i szpitala, do którego trzeba było ich przenosić.
Ojciec nie chciał jej puścić
Z okien widziała ludzi padających na ulicy i słyszała wołania o pomoc. Włożyła fartuch i postanowiła wyjść. Ojciec próbował ją zatrzymać. Zamknął drzwi, nie chcąc, żeby córka szła tam, gdzie strzelano. Przyjechał do niej z wizytą, a teraz musiał patrzeć, jak przygotowuje się do wyjścia po rannych.
Odpowiedziała mu: „Tatuś, przecież ty mnie tak wychowałeś, że ludziom trzeba udzielać pomocy”. Wyszła mimo jego sprzeciwu. Nie była to rozmowa o historii ani o bohaterstwie. Ojciec chciał ochronić dziecko, ona uważała, że jako pielęgniarka powinna zająć się ludźmi wołającymi z ulicy. Oboje mieli powód, żeby postępować tak, jak postępowali.
W tej scenie najbardziej porusza mnie zwyczajność ich racji. Nie trzeba robić z ojca człowieka, który nie rozumiał obowiązku córki. Rozumiał niebezpieczeństwo. Banasiak również je dostrzegała, ale widok rannych nie pozwalał jej pozostać w pokoju. Zeszła więc na dół i przyłączyła się do udzielania pomocy.
Wychodziła po następnych
Opatrywała ludzi na ulicach wokół szpitala. Ciężej rannym pomagała dotrzeć do Raszei, czasem z pomocą przypadkowych mężczyzn, którzy podnosili nosze albo nieśli poszkodowanych. W białym stroju była łatwo rozpoznawalna, ale nie zapewniało jej to ochrony przed pociskami. Sama została lekko zraniona. Po opatrzeniu nadal pracowała.
Wracała do szpitala i znów wychodziła. Nie każdy potrzebujący mógł dojść do lekarza o własnych siłach. Przy niektórych wystarczało założyć opatrunek, inni wymagali szybkiego transportu. Zajmowała się raną, prosiła o pomoc w przenoszeniu, szukała drogi do bezpieczniejszego miejsca. Działała razem z innymi kobietami i pracownikami szpitala, którzy również odpowiadali na wołania.
Bała się. Żeby opanować lęk, śpiewała pod nosem hymn pielęgniarski. Przypominał jej o służbie wykonywanej także w niebezpieczeństwie. Nie oznaczało to, że mogła przestać uważać na strzały. Pomagało jej jednak wyjść kolejny raz, kiedy na zewnątrz wciąż byli ludzie potrzebujący opatrunku i lekarza.
Docierała również do budynków, w których mogli znajdować się poszkodowani. Sprawdzała pomieszczenia Ubezpieczalni, pomagała w szpitalu, uczestniczyła w wyprawie dwóch lekarzy do Urzędu Bezpieczeństwa. Tam zajmowała się także ludźmi po przeciwnej stronie konfliktu. Nie został to dla niej inny rodzaj pacjenta. Po udzieleniu pomocy wróciła do dalszej pracy.
Nie chcę przypisywać jej całej akcji ratunkowej wokół Raszei. Było tam wiele osób, bez których nie zdołałaby przenosić rannych ani zapewniać im leczenia. Jej własny udział jest jednak wystarczająco wyraźny: przyszła w wolnym dniu, założyła fartuch, wyszła pod ostrzał i wielokrotnie pomagała poszkodowanym. Nie potrzebuje do tego cudzych zasług.
Powrót do zwyczajnej pracy
Jesienią została świadkiem w procesie uczestników Czerwca. Mówiła o tym, co widziała i usłyszała podczas niesienia pomocy. Potem nadal pracowała jako pielęgniarka. Jej zawodowe życie nie ograniczyło się do jednego dnia: zdobywała wykształcenie, podejmowała kolejne obowiązki, z czasem została przełożoną pielęgniarek. Przez wiele lat pozostawała związana ze szpitalem.
Czerwiec dał jej jednak doświadczenie, które wyróżniało ją spośród innych pracowników. Była młodą kobietą, która wybiegła po rannych mimo sprzeciwu ojca, została zraniona i kontynuowała pomoc. Jej opowieść łatwo zapadała w pamięć. Gdy można było szerzej przypominać tamte wydarzenia, siostra Awana stawała się jedną z ich najbardziej rozpoznawalnych postaci.
W 1981 roku uczestniczyła w odsłonięciu tablicy na szpitalnym murze. W czasach pierwszej „Solidarności” została matką chrzestną statku „Poznań”. W 1992 roku objęła prezesurę Stowarzyszenia „Poznański Czerwiec 56”, później była jego honorową przewodniczącą. Spotkania z młodzieżą, uroczystości, rozmowy z dziennikarzami i kolejne rocznice stały się ważną częścią jej życia.
Przychodziły odznaczenia. Otrzymała między innymi Medal Florence Nightingale, a w pięćdziesiątą rocznicę Czerwca Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Były to przejawy uznania dla jej służby i odwagi. Jednocześnie utrwalały publiczny wizerunek siostry Awany, pielęgniarki kojarzonej z pomocą udzielaną na poznańskich ulicach.
Najważniejszy dzień wolny
Banasiak potrafiła wracać do tego dnia, opowiadać o nim i występować w imieniu środowiska jego uczestników. Nie wszyscy ludzie Raszei chcieli albo umieli to robić. Dla części Czerwiec pozostał przeżyciem, od którego woleli odpocząć. Dla niej stał się również podstawą wieloletniej działalności publicznej. Z młodej pielęgniarki wyrosła jedna z osób reprezentujących pamięć o wydarzeniach 1956 roku.
Nie ma potrzeby pomniejszać jej odwagi, żeby dostrzec znaczenie późniejszej rozpoznawalności. To dwa etapy tej samej biografii. Najpierw trzeba było wyjść do rannych i im pomóc. Potem, przez następne dziesięciolecia, opowiadała o tym dniu, odbierała wyrazy uznania, organizowała spotkania i rocznice. Jej publiczna pozycja była z Czerwcem nierozerwalnie związana.
Dlatego tytuł tego cyklu pasuje do siostry Awany także w nieco innym znaczeniu. Jej najważniejszy dyżur zaczął się w dniu wolnym, od wyjścia na miasto i powrotu do szpitalnego pokoju. Kiedy usłyszała rannych, założyła fartuch. Ta decyzja przydała się ludziom potrzebującym ratunku, a jej samej nadała rolę, którą pełniła przez wiele następnych lat. Miała wtedy tylko odebrać ojca z dworca i trochę pospacerować po Poznaniu.
Przeczytaj poprzedni wpis
Barbara Gorczyca - Została do niedzieli
