Barbara Gorczyca - Została do niedzieli
Barbara Gorczyca powinna rozpocząć pracę o ósmej. Rankiem 28 czerwca 1956 roku była już prawie gotowa do wyjścia, kiedy z ulicy dobiegły krzyki. Wyszła na balkon mieszkania przy Chłapowskiego i zobaczyła tłum robotników idących od Cegielskiego w stronę Rynku Wildeckiego. Na sąsiednich balkonach stali ludzie. Jedni pozdrawiali maszerujących, inni wybiegali z domów, żeby do nich dołączyć.
Gorczyca chwyciła torebkę. Teściowa próbowała ją zatrzymać, przekonana, że wyjście w taki tłum jest niebezpieczne. Barbara miała jednak do załatwienia sprawę, która wydawała jej się oczywista: musiała dotrzeć do szpitala. Była kierowniczką laboratorium i nie mogła po prostu nie pojawić się w pracy. Tłumaczyła, że jest drobna, jakoś przeciśnie się między ludźmi i da sobie radę.
W tej odpowiedzi odnajduję jej sposób myślenia o obowiązkach. Nie wiedziała jeszcze, co wydarzy się w mieście. Nie szykowała się do niesienia pomocy podczas walk. Chciała tylko, żeby laboratorium, za które odpowiadała, pracowało jak zwykle. Dlatego wyszła z domu, choć bezpieczniej byłoby pozostać na balkonie.
Letnia sukienka w pochodzie
Na ulicy okazało się, że przejść wcale nie będzie łatwo. Robotnicy zajmowali jezdnię, chodniki wypełniali obserwatorzy. Gorczyca przeciskała się pomiędzy nimi, aż w końcu znalazła się w samym pochodzie. Szła razem z demonstrantami, nie znając dokładnie ich postulatów ani planowanej drogi. Na razie kierowali się tam, dokąd również chciała dojść: w stronę centrum i dalej szpitala.
Przy Rynku Wildeckim patrzyła, którędy pójdą. Tłum skierował się ku Przemysłowej. To odpowiadało jej drodze do Raszei, więc nadal szła z robotnikami. Spośród maszerujących odróżniała ją letnia sukienka. Nie przyszła z fabryki, nie wybierała się na strajk, a mimo to przez pewien czas była częścią wielkiej demonstracji.
Lubię ten drobiazg, bo nie każdy uczestnik wydarzeń wyszedł rano z domu z określonym zamiarem. Jedni chcieli zaprotestować, inni zobaczyć, co się dzieje, jeszcze inni usiłowali dotrzeć do pracy. Barbara należała do tych ostatnich. Poznański Czerwiec zastał ją po drodze, z torebką, w sukience, wśród ludzi, których obecność zmieniała zwyczajny przejazd przez miasto w długi marsz.
Dotarła w końcu do szpitala, ale zastała już inne warunki pracy niż te, które znała z poprzednich dni. Przy wejściu kazano jej podpisać listę. Dowiedziała się, że dyrektor wprowadził nadzwyczajny tryb działania: każdy, kto zgłosił się do pracy, miał pozostać w budynku tak długo, jak będzie potrzebny. Nie określono godziny końca dyżuru. Nikt nie wiedział, kiedy będzie można ją wyznaczyć.
Trzy kobiety w laboratorium
Gorczyca podpisała listę i poszła do swojego działu. Nie próbowała się sprzeciwiać zarządzeniu. W laboratorium pracowały razem z nią jeszcze dwie laborantki. Obie przybyły niedługo po niej, również zgłosiły obecność i zostały. Trzy kobiety, które przyszły na zwyczajną zmianę, miały od tej chwili podporządkować swój czas potrzebom szpitala.
W placówce przybywało rannych. Zwalniano dla nich miejsca, lekarzy kierowano do zabiegów, personel pomocniczy zajmował się przenoszeniem pacjentów i przygotowywaniem pomieszczeń. Laboratorium również nie mogło działać tak, jakby był to spokojny dzień. Pozostawało częścią szpitala, od której oczekiwano dostępności wtedy, kiedy była potrzebna do leczenia.
Barbara odpowiadała za swój niewielki zespół. Znała pracę laborantek i mogła razem z nimi zajmować się powierzonymi zadaniami. W tej historii ważne jest dla mnie właśnie to pozostanie na miejscu. Nie trzeba było każdej z nich przenosić do sali operacyjnej, żeby jej obecność miała znaczenie. Szpital potrzebował również ludzi na swoich dotychczasowych stanowiskach, gotowych pracować dłużej i w zupełnie innych okolicznościach.
W opowieściach o ratowaniu postrzelonych najłatwiej skupić się na chirurgach i pielęgniarkach. Tymczasem przyjmowanie kolejnych pacjentów wymagało działania całej placówki. Gorczyca nie zajmowała się kierowaniem zabiegami ani rozmowami z urzędami. Miała własne obowiązki i współpracowniczki, z którymi je wykonywała. Nie była widoczna dla tłumu przed wejściem, lecz nadal była potrzebna w środku.
Nie wiadomo, na jak długo
Przychodząc rano do pracy, mogła planować powrót do domu. Po podpisaniu listy takich planów nie dało się już utrzymać. Dyrektor nie powiedział, że personel zostaje na jedną noc albo do określonej godziny następnego dnia. Polecenie obejmowało cały czas, w którym pomoc będzie potrzebna. Dla pracowników oznaczało to nie tylko dodatkowy wysiłek, ale również niepewność dotyczącą najprostszych spraw: kiedy odpoczną i kiedy zobaczą bliskich.
Gorczyca została ze swoimi koleżankami od czwartku do niedzieli. Nie był to jeden przedłużony wieczór, po którym wszystko wróciło do normy. Mijały kolejne dni, a w szpitalu nadal leżeli ludzie poszkodowani podczas walk. Trzeba było kontynuować leczenie i utrzymywać gotowość poszczególnych działów. To, co zaczęło się jako reakcja na nagły napływ rannych, wymagało dalszej, wytrwałej pracy.
Nie chciałbym tych czterech dni zamieniać w opis nieustannego biegu. Samo pozostawanie do dyspozycji, wykonywanie kolejnych zadań i brak zwyczajnego końca zmiany były wystarczająco trudne. Pracownik nie mógł powiedzieć, że zrobił swoje i odchodzi, skoro nadal był potrzebny. Barbara nie odeszła, podobnie jak dwie pracujące z nią kobiety.
Na tym polega odrębność jej czerwcowego doświadczenia. Nie ma w nim jednej wyprawy ani jednej rozmowy, które przesądziły o wszystkim. Jest poranek na Wildzie, droga przez tłum, wejście do szpitala i kilka dni spędzonych z zespołem. To nie jest mało. Także dzięki takim ludziom placówka mogła pracować, kiedy najgwałtowniejsze wydarzenia na ulicach już minęły, lecz ich skutki nadal wymagały leczenia.
Wrócić do domu
Gorczyca wyszła z domu w przekonaniu, że nie może opuścić zwyczajnego dnia pracy. Została w szpitalu znacznie dłużej, niż ktokolwiek przewidywał. Jej teściowa obawiała się tłumu i niebezpieczeństwa na ulicy. Barbara dotarła przez ten tłum do Raszei, a potem musiała pozostać w budynku znajdującym się blisko walk. Nie było już prostego wyboru między bezpiecznym domem a spokojnym miejscem pracy.
Chcę ją przypomnieć właśnie jako osobę odpowiedzialną za swój odcinek. Nie przypisuję jej decyzji dyrektora ani czynów sanitariuszek wychodzących po rannych. Miała własną pracę, własny zespół i własny udział w tym, że szpital nie przestał działać. Wyszła z domu, bo uważała, że laboratorium jej potrzebuje. Gdy okazało się, że będzie potrzebna także następnego dnia i jeszcze kolejnego, została do niedzieli.
Przeczytaj poprzedni wpis
Aleksandra Kozłowska-Siejek - Do dziś pamiętam jego twarz
