Aleksandra Kozłowska-Siejek - Do dziś pamiętam jego twarz
Aleksandra Kozłowska miała osiemnaście lat i pracowała w Szpitalu Raszei jako pomoc laboratoryjna. Nie była jeszcze wykwalifikowaną pielęgniarką. Znała jednak szpital, umiała pomóc przy najprostszych czynnościach i wiedziała, że człowieka rannego trzeba jak najszybciej przekazać lekarzowi. Kiedy 28 czerwca 1956 roku na ulicach zaczęto wołać o pomoc, wyszła razem z koleżankami. Nie czekała, aż poszkodowani sami dotrą do drzwi.
W jej życiu wcześnie pojawiły się obowiązki wobec innych. Po śmierci matki przerwała naukę i podjęła pracę, żeby pomóc ojcu w utrzymaniu rodziny. Mieszkała na Sołaczu, skąd do szpitala miała niedaleko. Była młodą dziewczyną, która chciała zarabiać, zajmować się swoimi sprawami i pomagać w domu. Tego czerwcowego dnia miała zobaczyć znacznie więcej cierpienia, niż mogła unieść.
Najbliższe jest mi w niej to, że strach nie wykluczał działania. Nie trzeba przedstawiać jej jako osoby niewrażliwej na niebezpieczeństwo. Bała się i później długo odczuwała skutki tych przeżyć. Mimo to wracała na ulicę, ponieważ nadal byli tam ludzie, których należało opatrzyć albo przenieść do szpitala.
Na kwadrans do miasta
Rano, kiedy przyjechała do Raszei, dotarły do niej wiadomości o tłumie w centrum Poznania. Poprosiła przełożoną o zgodę na krótkie wyjście. Chciała zobaczyć, co się dzieje. Na placu zobaczyła ogromną liczbę ludzi, również na tramwajach i samochodach. Były okrzyki i wielkie poruszenie. Nie poczuła się jednak dobrze wśród tego zbiegowiska i wróciła do szpitala.
Z okien laboratorium widziała później niszczenie urządzeń zagłuszających zagraniczne rozgłośnie na budynku przy Dąbrowskiego. Na ulicę spadały przedmioty i papiery. Zeszła do izby przyjęć, żeby porozmawiać z koleżanką. Tam usłyszała wołania, że są ranni i trzeba im pomóc. Wyszły na Poznańską, a potem w stronę Kochanowskiego.
Materiały opatrunkowe zabierały ze sobą, upychając je w kieszeniach. Nie wystarczało ich na długo, bo poszkodowanych było coraz więcej. Tych, którym można było pomóc na miejscu, opatrywały przy ulicy lub w osłoniętych miejscach. Ludzi, którzy nie mogli chodzić, trzeba było przenosić. Pomagali przy tym także demonstranci i inni obecni w pobliżu. Aleksandra poruszała się pomiędzy kolejnymi rannymi i wejściem do szpitala.
Bała się także ludzi
Pomagała nie tylko osobom, do których tłum odnosił się życzliwie. Z sanitariuszem prowadziła rannego w głowę mężczyznę. Ktoś rozpoznał w nim funkcjonariusza UB albo uznał, że nim jest. Ludzie ruszyli za nimi, domagając się pozostawienia pacjenta. Pojawiły się kamienie, pomagający Aleksandrze mężczyzna został raniony. Mimo tego doprowadzili poszkodowanego do szpitala.
Nie badała wtedy jego zatrudnienia. Wymagał pomocy i dlatego go prowadziła. Nagle okazało się jednak, że niebezpieczeństwo grozi także ze strony ludzi znajdujących się tuż obok, nie tylko od strzelających z oddali. Nie mogła założyć, że wszyscy pozwolą jej spokojnie przejść z rannym. To doświadczenie pozostało z nią na długo. W późniejszym życiu unikała wielkich zgromadzeń, bo tłum nadal wywoływał lęk.
Pomagała również ciężko postrzelonemu chłopcu, którego znała osobiście. Rozpoznała go, próbowała osłonić ranę głowy, ale nie zdołała go ocalić. Musiała później wrócić do innych potrzebujących. Był to jeden z wielu takich momentów: pomóc na tyle, na ile potrafiła, przekazać rannego lekarzom, a czasem przyjąć, że nic więcej nie da się zrobić. Nie oznaczało to, że przyzwyczajała się do śmierci.
Wezwanie do garaży
W ciągu dnia, przechodząc w pobliżu Krasińskiego, usłyszała wezwanie od strony garaży Urzędu Bezpieczeństwa. Stojący tam żołnierze wskazywali, że wewnątrz jest ranny. Weszła z towarzyszącą jej kobietą. W pomieszczeniu przy garażach zobaczyła chłopca siedzącego na krześle. Miał opuszczoną głowę i wyglądał jak dziecko, które zasnęło.
Podeszła do niego, dotknęła dłoni i szyi. Nie wyczuła pulsu. Po rozchyleniu ubrania zauważyła ranę postrzałową klatki piersiowej. Ciało było jeszcze ciepłe, a na ubraniu nie widać było wielkiej ilości krwi. Ten spokojny wygląd nie pasował do wiadomości, że chłopiec nie żyje. Aleksandra chciała zabrać go do szpitala, gdzie lekarz mógł potwierdzić jego stan i ocenić, czy pozostała jeszcze jakakolwiek możliwość pomocy.
Przy układaniu na noszach przeszkadzała pompka rowerowa znajdująca się za jego plecami. Usunięto ją, a chłopca wyniesiono. Aleksandra nie znała jeszcze jego nazwiska. Niosła dziecko, które znalazła w garażach, i nadal miała nadzieję, że szpital będzie mógł coś dla niego zrobić. Droga do Raszei była krótka, lecz prowadziła przez ulice, na których wciąż znajdowali się żołnierze i uczestnicy wydarzeń.
Przy szpitalu nie wytrzymała widoku wojskowych przyglądających się noszom. Zawołała do nich, żeby zobaczyli, co się stało: zabito dziecko. Była roztrzęsiona. Nie prowadziła dochodzenia i nie ustalała winy stojących przed nią osób. Przed chwilą próbowała znaleźć puls u chłopca, który powinien po prostu wrócić do domu.
Roman Strzałkowski
W szpitalu stwierdzono zgon. W kieszeniach znaleziono klucze do mieszkania i szkolną legitymację. Chłopiec nazywał się Roman Strzałkowski, miał trzynaście lat. Dokument pozwolił ustalić, kogo przyniesiono, a dla Aleksandry oznaczał, że dziecko z krzesła ma imię i rodzinę, która będzie go szukać.
W opowieści o Romku często wracamy do pytań o jego śmierć. Ja przy Aleksandrze chcę pozostać przy tym, co zrobiła: odpowiedziała na wezwanie, weszła do pomieszczenia, sprawdziła stan chłopca i pomogła przenieść go do lekarzy. Nie mogła już go uratować. Pozostała natomiast osobą, do której jego matka będzie wracała po wiadomości o ostatnich chwilach syna.
Matka chciała wiedzieć, gdzie go znalazła, jak wyglądał, czy jeszcze żył, czy coś powiedział. Przychodziła wielokrotnie, również do domu Aleksandry. Razem wracały do pomieszczeń przy garażach. Kobieta pytała obecnych tam ludzi, próbowała ustalić szczegóły, których nikt nie potrafił jej wyjaśnić. Aleksandra pokazywała miejsce, w którym stało krzesło, i opowiadała o tym, co zastała.
Nie mogła dać matce tego, czego ta najbardziej potrzebowała. Nie miała wiadomości o słowach wypowiedzianych przez syna przed śmiercią ani odpowiedzi, dlaczego do niej doszło. Każda następna rozmowa prowadziła do tego samego miejsca. W końcu sama zaczęła unikać spotkań. Było jej coraz trudniej ponownie przechodzić przez scenę odnalezienia chłopca i widok rozpaczającej matki.
Nie odczytuję tego jako braku współczucia. Aleksandra miała dopiero osiemnaście lat. Pomogła przenieść ciało, odpowiadała na pytania, chodziła z matką na miejsce tragedii. Nie była przygotowana do niesienia takiego ciężaru przez kolejne tygodnie. Potrzebowała pomocy dla siebie, choć sama wcześniej udzielała jej innym.
Po wyjściu ze szpitala
Po walkach przyszły przesłuchania. Pytano ją o ludzi, którym pomagała, o znajomych i o odnalezienie Romka. Wyjechała z Poznania, później zrezygnowała z pracy w Raszei. Powrót do tych samych pomieszczeń i ulic był zbyt trudny. Przez pewien czas zatrzymała się u rodziny, próbując odpocząć od wydarzeń i kolejnych wezwań.
Z czasem układała życie na nowo, wróciła do nauki i codziennych obowiązków. Nie znaczy to, że wszystko minęło. Lęk przed tłumem pozostał, podobnie jak twarz chłopca z opuszczoną głową. Jako Aleksandra Kozłowska-Siejek wracała po latach na groby ofiar Czerwca. Odwiedzała także grób Romka, żeby choć przez chwilę przy nim postać.
Jej najważniejszy dyżur nie był historią łatwego zwycięstwa nad strachem. Wyszła po rannych, pomogła wielu ludziom, przyniosła do szpitala dziecko, którego nie udało się ocalić. Potem musiała dalej żyć z tym, co zobaczyła. Właśnie o tej młodej kobiecie chciałem opowiedzieć: przyzwoitej, pomocnej i odważnej w działaniu, ale nie mniej niż inni potrzebującej spokoju i czyjejś troski.
Przeczytaj poprzedni wpis
Zofia Pawłowska-Bartoszewska - Pacjentka, która wróciła do pracy
