Zofia Pawłowska-Bartoszewska - Pacjentka, która wróciła do pracy
Zofia Pawłowska miała 28 czerwca 1956 roku odpoczywać. Trzy dni wcześniej usunięto jej migdałki i nadal leżała na oddziale laryngologicznym Szpitala Raszei. Nie przyjechała tego ranka na dyżur, nie miała przyjmować rannych ani spędzać nocy przy chorych. Sama była pacjentką i wymagała opieki. Tymczasem po kilku godzinach zdjęła strój chorej, włożyła pielęgniarski mundur i poszła pomagać.
Miała dwadzieścia dwa lata. W Raszei pracowała od kwietnia poprzedniego roku, najpierw jako pielęgniarka zabiegowa na chirurgii, później w chirurgicznej izbie przyjęć. Znała koleżanki, lekarzy, układ pomieszczeń i zwyczajny rytm szpitala. Nie miała jeszcze wieloletniego doświadczenia, ale umiała zajmować się rannym i wiedziała, gdzie szukać potrzebnych materiałów oraz pomocy. Właśnie ta wiedza sprawiała, że coraz trudniej było jej pozostać we własnym łóżku.
W jej historii chcę przyjrzeć się pracy pielęgniarek pozostających w budynku. Na ulicach inne kobiety opatrywały poszkodowanych i pomagały przenosić ich do Raszei. Kiedy jednak nosze przekraczały próg, trzeba było przygotować rannego do zabiegu, a potem nadal się nim opiekować. Zofia, później nosząca nazwisko Bartoszewska, znalazła swoje miejsce właśnie wśród tych chorych.
Z okna laryngologii
Po śniadaniu podeszła do okna na pierwszym piętrze. Widziała ludzi na Zaciszu, Mickiewicza i Poznańskiej. Zatrzymywali się, rozmawiali, wskazywali w stronę Urzędu Bezpieczeństwa. Pracownicy przychodzący na poranną zmianę przynosili wiadomości o robotnikach, którzy wyszli z zakładów. Wkrótce zaczęto słyszeć strzały, a potem do szpitala wnoszono pierwszych poszkodowanych.
Zofia mogła swobodnie poruszać się po części budynku. Była pacjentką chodzącą, a zarazem pracownicą, więc znała drogę i ludzi. Przyglądała się, jak szpital zapełnia się rannymi. Początkowo trafiali na chirurgię, potem również na inne oddziały. Dostawiano łóżka, a kiedy ich zabrakło, zajmowano korytarze. Około drugiej po południu przygotowywano już materace na podłodze sali konferencyjnej.
Na zewnątrz sytuacja stawała się coraz groźniejsza. Mieszkańcy sąsiednich domów szukali schronienia, kobiety z dziećmi zatrzymały się przy niewielkim placyku u zbiegu ulic. Pojawiły się czołgi, padały serie. Wysoki, jasnowłosy mężczyzna w beżowym garniturze wybiegł w stronę strzelających, wołając, że są tu kobiety i dzieci. Został trafiony w brzuch i upadł na ulicy. Zofia oglądała to z okna szpitala, w którym powinna spokojnie dochodzić do siebie.
Lekarz zabronił
Około południa zaczęła zakładać mundur i czepek. Chciała zejść do izby przyjęć, na swoje stanowisko, i pomagać w opatrywaniu rannych. Zobaczył ją lekarz prowadzący i kategorycznie zabronił. Przypomniał, że jest trzy doby po zabiegu, pozostaje jego pacjentką, a on odpowiada za jej stan. Nie powinna wracać do pracy tylko dlatego, że umie ją wykonywać.
Początkowo posłuchała. Przez następne dwie godziny pozostawała na oddziale, obserwując coraz trudniejszą sytuację. Do szpitala wnoszono ludzi, koleżanki miały coraz więcej zajęć. Zofia znała te obowiązki. Wiedziała, że przy każdym rannym trzeba wykonać wiele zwyczajnych czynności, zanim zajmie się nim lekarz, i że po zabiegu również ktoś musi przy nim pozostać.
Nie chcę przedstawiać jej lekarza jako przeszkody w niesieniu pomocy. Miał pod opieką młodą kobietę po operacji i słusznie się o nią troszczył. Zofia nie była jednak przypadkową pacjentką. Leżała w miejscu, w którym zwykle pracowała, widziała przeciążenie swoich koleżanek i chciała się do nich przyłączyć. W końcu zrobiła to, wiedząc, że łamie zakaz.
Między drugą a trzecią po południu lekarz zajmował się już rannymi. Zofia wykorzystała ten moment, ponownie założyła mundur i poszła do sali konferencyjnej. Zastała ludzi leżących na materacach. Miejsca było tak mało, że pomiędzy nimi pozostawiono tylko wąskie przejście. Niektórzy czekali na dalszą pomoc, inni byli w ciężkim stanie, część umierała.
Na kolanach przy rannych
Zofia zajęła się chorymi. Przy tylu poszkodowanych należało stale zwracać uwagę, czy czyjś stan się nie pogarsza, czy opatrunek nie przesiąka i kogo trzeba natychmiast pokazać lekarzowi. Nie mogła ograniczyć się do jednego łóżka. Przechodziła między materacami, zatrzymywała przy kolejnych osobach i wykonywała pielęgniarskie czynności w warunkach dalekich od zwyczajnej sali chorych.
Około czwartej zauważyła młodego mężczyznę z przestrzeloną piersią i twarzą. Miał podłączoną transfuzję, ale zaczynał konać. W pobliżu przechodził dyrektor. Wybiegła, żeby go poprosić do pacjenta i innych ciężko rannych. Przyszedł z nią. Gdy podchodzili do człowieka leżącego przy oknie, w szybę uderzyła seria z karabinu.
Pociski przeleciały tuż ponad ich głowami. Sala znajdowała się na drugim piętrze i strzały weszły pod kątem, dzięki czemu nie zostali trafieni. Od tej chwili Zofia podchodziła do rannych przy oknach schylona albo na kolanach, tak aby nie było jej widać z ulicy. Nadal zajmowała się pacjentami, lecz musiała pilnować również tego, w jakiej pozycji do nich dociera.
To jeden z konkretów, których nie chciałbym zgubić za ogólnym zdaniem o bohaterskiej służbie. Pielęgniarka nie mogła po prostu zrezygnować z podejścia do chorego leżącego pod oknem. Zmieniła więc sposób poruszania się po sali. Przyklękała, pochylała głowę i wracała do obowiązków. Tak wyglądała praca w szpitalu, który sam znalazł się pod ostrzałem.
Noc na sali
Pozostała przy rannych przez całą noc. Byli to przeważnie młodzi lub bardzo młodzi mężczyźni, z ranami głów, twarzy, kończyn, klatek piersiowych i brzuchów. Niektórzy nie dożyli rana. Przy jednych można było coś zrobić, przy innych trzeba było wołać lekarza i czekać, czy leczenie przyniesie skutek. Niewielka odległość między materacami oznaczała, że cierpienie wszystkich tych ludzi pozostawało blisko.
Na Zaciszu stały czołgi, ostrzał trwał również nocą. Dopiero nad ranem zrobiło się ciszej. Zofia wyjrzała na ulicę i zobaczyła łuski po nabojach. W środku nadal byli chorzy wymagający opieki. Ustanie strzałów nie kończyło obowiązków pielęgniarek, bo skutki walk pozostawały na salach i korytarzach.
Własne łóżko na laryngologii oddała rannym. Rankiem poprosiła o wypisanie ze szpitala. Po przepracowanej nocy nie miała nawet gdzie się położyć. Formalnie wciąż była pacjentką, lecz praktycznie od wielu godzin należała znowu do personelu. Jej rekonwalescencja musiała dalej odbywać się poza Raszei.
Matka przyszła za późno
Około jedenastej 29 czerwca, już ubrana po cywilnemu, zajrzała jeszcze do ludzi, przy których spędziła noc. Jeden z bardzo młodych rannych przez wiele godzin wołał matkę. Kiedy podeszła, zawołał jeszcze raz: „Mamo!”. Chwilę później umarł. Zofia wzięła jego dokumenty, żeby zawiadomić rodzinę telegramem.
Wtedy pojawiła się starsza kobieta, która szukała syna. Dowiedziała się, że został ranny. Była wdową, a on jej jedynym synem. Przyszła mniej więcej dwadzieścia minut po jego śmierci. Zofia oddała jej dokument i wskazała drogę na drugie piętro. Po nocy pracy pozostała jeszcze ta rozmowa z kimś, kto nie zdążył przyjść do umierającego.
Nie trzeba tej sceny dodatkowo podkreślać. Przez noc pielęgniarka słyszała wołanie o matkę, rano spotkała kobietę, na którą chłopak czekał. Zrobiła dla niego to, co umiała, ale nie mogła zapewnić im pożegnania. Takie sprawy również zostawały przy ludziach szpitala po zakończeniu dyżuru.
Zofia wyszła z Raszei osłabiona po własnym zabiegu i po nocy spędzonej przy postrzelonych. Przyszła tam kilka dni wcześniej, żeby otrzymać pomoc. Gdy stała się potrzebna innym, wróciła do pracy. Dla mnie jej opowieść jest przede wszystkim przypomnieniem, że obok każdej operacji pozostaje wiele godzin pielęgnowania chorego. W czerwcu 1956 roku wykonywała tę pracę także młoda kobieta, która sama powinna jeszcze leżeć w łóżku.
Przeczytaj poprzedni wpis
Maciej Sikorski - Nie chciał być bohaterem
