Maciej Sikorski - Nie chciał być bohaterem
Z Maciejem Sikorskim trudno byłoby napisać zgodny z każdym rocznicowym oczekiwaniem portret bohatera. Nie lubił wielkich słów, niechętnie odnosił się do orderów i stanowczo sprzeciwiał upiększaniu Czerwca. Dotyczyło to również jego własnej osoby. Mówił o strachu, o ucieczce spod ostrzału, o tym, że nie wszystko widział i nie wszystkiego rozumiał. Właśnie takiego chcę go tutaj pokazać: lekarza, który pomagał rannym, ale nie uważał, że po latach powinien za to otrzymać piękniejszy życiorys.
W czerwcu 1956 roku pracował w Ośrodku Badawczo-Leczniczym Chorób Zawodowych działającym przy Szpitalu Raszei. Nie był chirurgiem. Zajmował się ludźmi, których zdrowie wiązało się z warunkami pracy, przyjmował pacjentów i prowadził badania. Jego przychodnia znajdowała się na parterze i w suterynie, od strony ulicy Poznańskiej. Dojeżdżał tam z Dębca.
Czwórka nie przyjechała
Rankiem 28 czerwca stanął jak zwykle na przystanku. Mieszkał przy Makowej i jeździł do pracy tramwajem numer cztery, często razem ze znajomym pułkownikiem. Obaj wysiadali przy moście Teatralnym, skąd Sikorski schodził w stronę swojej przychodni. Tego dnia tramwaju jednak nie było. Czekali coraz dłużej, aż w końcu postanowili ruszyć pieszo, żeby nie spóźnić się do pracy.
Pod zakładami Cegielskiego zobaczyli robotników. Ludzie gromadzili się, rozmawiali i domagali się zaległych pieniędzy oraz uczciwej płacy. Sikorski usłyszał żądania dotyczące pracy i chleba. Nie odebrał tego jako zapowiedzi powstania. Uznał, że trwa spór zakładowy, w którym robotnicy mają swoje racje, ale który nie dotyczy bezpośrednio jego i wojskowego znajomego. Poszli dalej.
Nawet trochę żartowali, że protestujący wywalczą sobie kawałek chleba i plasterek kiełbasy. Dopiero widok placu Stalina, wypełnionego ludźmi, pokazał im rozmiar demonstracji. To nie była już grupka robotników stojąca przed jedną fabryką. W centrum zebrał się tłum czekający na przedstawiciela władz. Sikorski nadal jednak miał przed sobą zwyczajny obowiązek: dotrzeć do przychodni i zacząć przyjmować chorych.
W tym początku lubię zwyczajność, której lekarz nie próbował później poprawiać. Nie wyczuwał od rana wielkiej historii, nie przyłączał się do pochodu jako świadomy jego znaczenia uczestnik. Spieszył do pracy i oglądał po drodze rzeczy, które początkowo wydawały mu się sprawą innych ludzi.
Niedokończone badanie
W przychodni przebrał się w kitel i przyjął ślusarza z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Ostrowie Wielkopolskim. Poprosił, żeby pacjent rozebrał się do pasa, i rozpoczął wywiad. Wtedy usłyszał hałas. Podszedł do okna, zobaczył samochody wypełnione ludźmi i przeprosił chorego: wyjdzie tylko na chwilę sprawdzić, co się dzieje. Do badania już nie wrócił.
Samochody kierowały się w stronę Kochanowskiego. Rozległ się pierwszy strzał. Sikorski słyszał huk, ale nie widział osoby, która strzelała. Po chwili nie było już czasu na zastanawianie się nad tym, co zaszło. Ktoś wołał, że ranna została tramwajarka. Lekarz podbiegł, zawołał, żeby mu ją przekazano, i wraz z drugim mężczyzną zaniósł młodą kobietę do szpitala.
Jej twarz pozostała dla niego jednym z najżywszych obrazów tego dnia. Była młoda i ładna, a on, również młody, zwrócił na to uwagę nawet w takim zamieszaniu. Nie widzę powodu, żeby ten szczegół usuwać. Pozwala dostrzec w nim człowieka, nie tylko pracownika wykonującego kolejne czynności. Od chwili wniesienia rannej został w Raszei na trzy doby.
Nie trzeba było być chirurgiem, żeby znaleźć zajęcie. Lżej rannych należało obejrzeć i opatrzyć, ciężej poszkodowanych przekazać zespołom operacyjnym. Przychodnia, do której jeszcze rano przybył pracownik z Ostrowa, stała się częścią szpitala przyjmującego ofiary walk. Sikorski wykonywał to, co potrafił, i pomagał tam, gdzie był potrzebny.
Kiedy uciekł
W pewnym momencie do szpitala dotarła wiadomość o człowieku leżącym na ulicy. Sikorski wyszedł po niego z kolegą. Kiedy zbliżali się do miejsca, skąd widoczny był gmach UB, usłyszeli świst przelatującej kuli. Uderzyła w ścianę tuż obok nich. Nie czekali na następną. Zawrócili i uciekli do szpitala, pozostawiając rannego tam, gdzie leżał.
Sikorski nie szukał dla tej ucieczki bardziej dostojnej nazwy. „Tak normalnie, po świńsku uciekliśmy” — powiedział. Miał do siebie pretensję, że nie dotarł do potrzebującego pomocy. Pomogła mu później młoda pracownica szpitala, Aleksandra Kozłowska i to właśnie ją uważał za bohaterkę. Sobie nie dawał taryfy ulgowej.
Nie chciałbym go za tę chwilę ani potępiać, ani na siłę usprawiedliwiać. Wystraszył się strzału oddanego bardzo blisko. Wrócił do pomocy rannym i nie przerwał pracy przez kolejne doby. Tamten odruch pozostał dla niego powodem, żeby ostrożnie mówić o własnej odwadze w chwili próby.
Proszę wyrzucić ten pistolet
Jednemu z młodych pacjentów opatrywał przestrzeloną dłoń. Wtedy zauważył broń wystającą zza pasa. Kazał chłopakowi pozbyć się pistoletu. Nie zachęcał go do powrotu na ulicę, nie wypytywał o walkę. Chciał, żeby po opatrzeniu nie przysporzył kłopotów sobie i innym. Pacjent został w pomieszczeniach przychodni, gdzie mógł bezpieczniej przeczekać niebezpieczeństwo. Później wrócił podziękować lekarzowi, przynosząc mu różę.
Równie stanowczo Sikorski odniósł się do Romka Strzałkowskiego, który pojawił się w szpitalu z amunicją i szukał do niej broni. Odebrał chłopcu naboje, polecił je usunąć i kazał mu zejść do przychodni. Chciał zatrzymać go z dala od ulicznej strzelaniny. Niedługo potem do szpitala dotarła wiadomość o postrzelonym dziecku. Chłopca nie udało się uratować.
Dla Sikorskiego Romek pozostał przede wszystkim dzieckiem, które należało uchronić przed niebezpieczeństwem. Nie widział w nim małego żołnierza. Gdy później powstawała legenda trzynastoletniego bohatera, lekarz przypominał sobie chłopaka, któremu próbował zabrać amunicję i zapewnić bezpieczne schronienie. Mówił o tym ostro, czasem zniecierpliwiony. Uważał, że to była zupełnie niepotrzebna śmierć.
Trzy doby i paczka papierosów
Z czasem zaczęło brakować odpoczynku, jedzenia i papierosów. Personel pozostawał na miejscu, pracował, jadł wtedy, gdy mógł. Sikorski nie uważał tego za powód do szczególnych wyróżnień. Skoro byli lekarzami, mieli zajmować się pacjentami. Podkreślał rolę dyrektora, który potrafił zorganizować szpital, rozdzielić zadania i dopilnować, żeby było czym leczyć i co podać do jedzenia. Nie było u niego wielkich wystąpień, tylko skuteczność. W chwili, gdy wszyscy byli potrzebni, każdy otrzymał zadanie i wiedział, co robić. Sikorski mógł skupić się na rannych w przychodni, bo nie musiał organizować pracy całej placówki. Przy całym swoim sceptycyzmie wiedział, jak wiele zawdzięczali temu porządkowi.
Pośród poważniejszych zdarzeń znalazł się również drobiazg, który sprawił mu dużą radość. Pomógł zagubionym Francuzom odnaleźć drogę do Domu Studenckiego im. Hanki Sawickiej, w którym byli zakwaterowani. Otrzymał od nich paczkę zachodnich papierosów. Po wyczerpującej pracy, w systemie, w którym brakowało nawet najbardziej zwyczajnych rzeczy, to był bardzo cenny podarunek. Ten epizod dobrze pasuje do Sikorskiego: nie kończy swojej opowieści podziękowaniami od ocalonych, czy medalami od władz, ale paczką papierosów, która była dla niego cenniejsza niż ordery i medale.
Przez kolejne dekady doktor Sikorski niechętnie opowiadał o Czerwcu 1956 roku. Nie zgadzał się na budowanie opowieści o słusznym buncie i wielkiej odwadze, która zmieniła bieg historii. Widział tego dnia również strach, przypadek, nieostrożność i ludzi, którzy nie umieli obchodzić się z bronią. Nie zmieniało to obowiązku udzielania pomocy.
W jego postawie najbardziej cenię właśnie połączenie tych dwóch rzeczy: nie ekscytował się tym, co działo się na ulicy, ale przyjmował ludzi, którzy stamtąd przychodzili. Opatrywał ich, próbował odsunąć od dalszego niebezpieczeństwa i został z nimi przez trzy doby. Sam nazywał to wykonywaniem swoich obowiązków.
Przeczytaj poprzedni wpis
Ireneusz Cieśliński - Z księgą przyjęć do sądu
