Ireneusz Cieśliński - Z księgą przyjęć do sądu
Ireneusz Cieśliński miał 28 czerwca 1956 roku przede wszystkim pracować jako chirurg. Kiedy jednak zobaczył pierwszych rannych zmierzających do Szpitala Raszei, zajął się na chwilę czymś, co nie wymagało lekarskich narzędzi. Zbiegł na dół, przywołał dwie rejestratorki i polecił im stanąć przy wejściu. Miały zapisywać nazwisko, imię oraz godzinę przyjęcia każdego zgłaszającego się człowieka. Potem wrócił do pomocy rannym.
Chciałbym zatrzymać się przy tym poleceniu, bo od niego zaczęła się najważniejsza część jego czerwcowej historii. Przy rosnącej liczbie pacjentów zapis pozwalał ustalić, kogo przyjęto i kiedy trafił do szpitala. Cieśliński nie przewidział jeszcze, że jesienią zabierze tę samą księgę na rozprawę sądową i będzie przekonywał sąd, żeby ją obejrzał. Na razie przy wejściu stawały kolejne osoby, a rejestratorki odnotowywały ich przybycie.
Cieśliński był młodym lekarzem oddziału chirurgicznego. Znał szpital i swoich współpracowników, wiedział, gdzie kierować rannych oraz jak przygotować ich do zabiegów. Nie znał natomiast rozmiarów tego, co się zaczynało. Na sąsiednich ulicach trwały walki, do placówki trafiali kolejni postrzeleni, a zwyczajny porządek dnia przestał obowiązywać. Trzeba było działać, zanim uda się zebrać wszystkie wiadomości.
Od wejścia do sali operacyjnej
Jeszcze rano przyglądał się ludziom, którzy dostali się do pobliskiego budynku i niszczyli urządzenia zagłuszające zagraniczne rozgłośnie. Później widział tłum pod gmachem Urzędu Bezpieczeństwa. Z okien Raszei można było obserwować część demonstracji, słyszeć okrzyki i w końcu strzały. Wkrótce pojawił się człowiek z przestrzelonym ramieniem, za nim następni. To wtedy lekarz polecił rozpocząć rejestrację.
Przybywało ludzi z ranami klatki piersiowej, brzucha i kończyn. Potrzebne były opatrunki, miejsce do położenia chorego i szybka decyzja o dalszej pomocy. Cieśliński brał udział w operacjach. Pracowano równocześnie w dwóch salach, rozdzielając rannych pomiędzy zespoły. Przy jednym stole operował ordynator, przy drugim jego współpracownicy. Do pomocy włączali się pracownicy, którzy w normalnych warunkach mieli inne zadania.
Gdy zabrakło miejsc na oddziale, znoszono łóżka ze strychu i przygotowywano dodatkowe pomieszczenia. Sala służąca za kaplicę stała się miejscem dla rannych. Pacjentów, których stan pozwalał na powrót do domu, wypisywano, żeby można było przyjąć następnych. Personel administracyjny pomagał przenosić potrzebne rzeczy. Cieśliński pracował w szpitalu, który w ciągu kilku godzin przyjął obowiązki wojennego lazaretu.
Nie było przy tym gwarancji bezpieczeństwa nawet na sali operacyjnej. Pociski wpadały przez okna i trafiały w sufit. Podczas zabiegów trzeba było padać na podłogę, osłaniając się przed kolejną serią. Potem wracano do pracy. Człowiek na stole operacyjnym nadal potrzebował pomocy, a przed salą czekali inni.
W tym dniu nie widzę u Cieślińskiego oddzielnych ról: lekarza i człowieka zajmującego się dokumentacją. Rejestracja przy wejściu, ocena rannego, operacja i zapis obrażeń należały do tej samej pracy. Trzeba było wiedzieć, z kim ma się do czynienia, co mu się stało i co już dla niego zrobiono. Dopiero później okaże się, że te informacje zainteresują również prokuratora i obrońców.
Cztery doby w szpitalu
Dyżur nie skończył się wieczorem. Operowanie i opatrywanie ran trwało również w następnych dniach. Cieśliński pozostał w Szpitalu Raszei przez cztery doby, razem z innymi lekarzami i pielęgniarkami. Zmęczenie rosło, ale pacjenci nie przestawali wymagać opieki tylko dlatego, że walki już wygasały. Ludzie po operacjach potrzebowali dalszego leczenia, a część rannych dopiero trafiała do lekarza.
Nie wszystkich udało się uratować. Zabitych i zmarłych przenoszono do szpitalnego garażu, zamienionego w prowizoryczną kostnicę. Trzeciego dnia Cieśliński zszedł tam z drugim lekarzem. Oglądali ciała, odsłaniali rany, opisywali miejsca wlotu i wylotu pocisków. Do każdego ciała przypinali kartkę z informacjami. Była to trudna, lecz potrzebna czynność, której nie można było zastąpić ogólnym stwierdzeniem, że człowiek zginął podczas walk.
Personel musiał uważać na to, jakie informacje o pacjentach pozostają w dokumentacji. Lżej rannych opatrywano i odsyłano do domów, często bez zapisywania personaliów, żeby nie ułatwiać ich poszukiwania ubecji. Księga nie zawierała więc całego ruchu chorych. Zawierała jednak zapisy dokonane w chwili przyjmowania poszkodowanych, kiedy nikt jeszcze nie wiedział, jak władza zechce później opowiedzieć o Czerwcu.
Cieśliński pamiętał o tej dokumentacji także wtedy, gdy wrócił zwyczajny rytm pracy. Nazwiska i godziny nie były dla niego zbędną pozostałością po zakończonym dyżurze. Dotyczyły ludzi, których widział, i obrażeń, z którymi się zetknął. Jesienią miał jeszcze raz sięgnąć po te zapisy, już w innej sprawie.
Nie chciał tylko słuchać
Kiedy rozpoczęły się procesy uczestników Poznańskiego Czerwca, Cieśliński pełnił dyżury również w pogotowiu przy ulicy Chełmońskiego. Słuchał radiowych relacji z rozpraw. Denerwowało go przedstawianie wydarzeń w sposób, który nie zgadzał się z jego prawdą, którą dokładnie zapamiętał. Wiedział, jak wyglądali pierwsi ranni, skąd przychodzili i co działo się wtedy wokół szpitala. Nie chciał ograniczyć się do rozmów o tym z kolegami.
Postanowił wystąpić jako świadek obrony. Próbował zachęcić do tego także innych lekarzy. Dla pracownika szpitala nie była to obojętna decyzja: miał stanąć przed sądem w sprawie politycznej i mówić rzeczy niewygodne dla oskarżenia, dla władzy. Uznał jednak, że taki jest jego obowiązek. Skoro jako medyk miał jego obecność może się przydać ludziom, którym zarzucano udział w czerwcowych walkach.
Na rozprawę zabrał księgę izby przyjęć. Chciał pokazać nie tylko własną ocenę wydarzeń, ale również zapisy powstałe w szpitalu. Były w nich nazwiska rannych i godziny ich przybycia. Sąd początkowo sprzeciwiał się temu, że świadek przynosi ze sobą taki dokument. Obrońcy domagali się jego uwzględnienia. Cieśliński obstawał przy swoim: uważał księgę za ważny dowód i nie zamierzał zostawić jej bez omówienia.
„Wysoki Sądzie, mam tutaj te księgi na dowód, kiedy i jacy ranni przychodzili, o jakiej godzinie” — mówił. Zestawiał godziny przyjęć z przebiegiem wydarzeń na ulicach. Przekonywał, że postrzeleni trafiali do Raszei, zanim demonstranci mogli dysponować bronią, o której mówiono na rozprawie. Chciał, żeby sąd zajął się konkretną kolejnością zdarzeń, a nie poprzestał na ogólnym oskarżeniu uczestników buntu.
Zrobił jeszcze jedną potrzebną rzecz
Nie zamierzam przedstawiać Cieślińskiego jako człowieka, który sam rozstrzygnął procesy poznańskie. Jego udział był bardziej konkretny. Przyszedł, złożył zeznania i zwrócił uwagę na dokument, który mógł pomóc obronie. Zrobił to z własnej inicjatywy, ponieważ uznał, że posiada wiedzę przydatną oskarżonym. Nie czekał, aż ktoś inny wykona za niego tę pracę.
W czerwcu pomagał ludziom jako chirurg. Jesienią wykorzystał to, co wiedział z tamtego dyżuru, aby pomóc im przed sądem. Był w obu sytuacjach równie konkretny: przy wejściu polecił rejestratorkom notować nazwiska i godziny, na sali rozpraw przyniósł księgę, z której można było te godziny odczytać. Nie sprowadzał swojej roli do wyrażenia współczucia albo oburzenia.
Tak właśnie chciałbym go przybliżyć czytelnikowi. Jako lekarza, który operował i leczył przez cztery doby, a kilka miesięcy później uznał, że pozostało mu jeszcze coś do zrobienia. Wyszedł z dyżuru z wiedzą o rannych. Kiedy ta wiedza stała się potrzebna, zabrał dokumenty i poszedł do sądu.
Przeczytaj poprzedni wpis
Bolesław Śliwiński - Z pomocą do Urzędu Bezpieczeństwa
