Henryk Karoń - Z okien szpitala
Henryk Karoń rozpoczął pracę 28 czerwca 1956 roku o wpół do ósmej. Na ten czwartek nie zaplanowano operacji, więc przed młodym chirurgiem był obchód, opatrunki i rozmowy o dalszym leczeniu pacjentów. W Szpitalu Raszei pracował pod kierunkiem starszego, doświadczonego ordynatora. Uczył się przy nim zawodu, wykonywał zabiegi, poznawał chorych. Tego ranka nie miał powodu przypuszczać, że za kilka godzin będzie operował ludzi ranionych podczas walk na sąsiedniej ulicy.
Około dziewiątej dotarły wiadomości o robotnikach, którzy wyszli z poznańskich zakładów. Wkrótce można było już zobaczyć, że w mieście dzieje się coś niezwykłego. Z wysoko położonych okien szpitalnego laboratorium widać było budynek Ubezpieczalni Społecznej przy Dąbrowskiego. Na jego dachu pojawili się ludzie. Niszczyli maszty i anteny urządzeń zagłuszających zagraniczne rozgłośnie radiowe. Karoń przyglądał się temu razem z innymi pracownikami.
Chcę zacząć jego historię właśnie od tego poranka. Zanim stanął przy stole operacyjnym, był jednym z Poznaniaków próbujących zrozumieć wydarzenia rozgrywające się niemal na wyciągnięcie ręki. Miał jednak obowiązki, które wkrótce nie pozwolą mu dalej patrzeć przez okno. Kiedy pojawią się pierwsi postrzeleni, będzie musiał zejść do nich i zająć się ranami.
Tramwajarka z flagą
Tłum przesuwał się ku ulicy Kochanowskiego. Przed gmachem Urzędu Bezpieczeństwa stawały kolejne grupy. Wśród demonstrantów było wielu młodych ludzi i tramwajarzy, których łatwo rozpoznawano po charakterystycznych mundurach. Kobieta w tramwajarskim stroju przemaszerowała z biało-czerwoną flagą przed frontem budynku UB. Za nią podążali inni, wznosząc okrzyki.
Ze szpitalnych okien rozciągał się dobry widok na część tej ulicy. Karoń widział ludzi stojących pod gmachem, ich ruch, podniesione ręce, flagę. Potem usłyszał strzały. Demonstranci rozbiegli się, ale po chwili znów zaczęli się zbierać. Niedługo później w Szpitalu Raszei pojawili się pierwsi ranni. Obserwowanie demonstracji skończyło się; lekarze musieli natychmiast wrócić do swoich obowiązków, choć były to już zupełnie inne zajęcia niż te zaplanowane na rano.
Najpierw przynoszono ludzi na noszach. Potem poszkodowanych było tak wielu, że trzeba było kłaść ich również na posadzce przed blokiem operacyjnym. Jedni pozostawali przytomni, inni byli już bardzo osłabieni utratą krwi. Nie każdy mógł czekać na swoją kolej. Chirurdzy wybierali przypadki wymagające natychmiastowej operacji, a pozostali pacjenci otrzymywali pomoc tam, gdzie znaleziono dla nich miejsce.
Dla młodego lekarza była to praca znacznie trudniejsza niż zwyczajny ostry dyżur. Na ulicy wciąż strzelano, więc trzeba było liczyć się z następnymi rannymi. Zabieg u jednego pacjenta nie kończył obowiązków, ponieważ przed salą czekali kolejni. Karoń oglądał ciężkie obrażenia młodych mężczyzn, często ubranych jeszcze w robocze kombinezony. Niektórym nie zdążono pomóc. Umierali, zanim można było przenieść ich na stół operacyjny.
Nieoperacyjny czwartek
W szpitalu utworzono zespoły do kolejnych zabiegów. Karoń pracował również przy operacji prowadzonej przez dyrektora. Grube ściany i skupienie przy stole pozwalały na chwilę odsunąć to, co działo się na zewnątrz. Nagle rozległa się kanonada z broni automatycznej i brzęk rozbijanych szyb. Ostrzał dotarł do bloku operacyjnego.
Pacjent pozostawał na stole, a lekarze byli w trakcie zabiegu. Nadal ratowali go w miejscu, które samo przestało być bezpieczne. Ta sytuacja dobrze pokazuje warunki ich pracy: zagrożenie nie kończyło się na drzwiach szpitala. Od rannych przynoszonych z ulicy różniło ich w tej chwili przede wszystkim to, że jeszcze mogli pomagać innym.
Wśród pacjentów Karonia znalazł się Marian Kubiak. Był młody, blady, pokryty zimnym potem. Odpowiadał powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Po zdjęciu zakrwawionego ubrania lekarze zobaczyli głębokie rany kłute brzucha, zadane mu wojskowym bagnetem. Silnie krwawił, jego stan wymagał pilnego zabiegu. Przystąpiono do operacji, a później przeniesiono go na oddział chirurgiczny.
Nie udało się go uratować. Zmarł jeszcze tego samego wieczoru. Karoń musiał zająć się następnymi chorymi, choć za każdą taką śmiercią pozostawała praca, która nie przyniosła oczekiwanego skutku. Nie brakowało wysiłku ani chęci. Czasem obrażenia i utrata krwi były zbyt poważne, a pomoc przychodziła za późno.
W opowieści o lekarzu nie można pomijać tych niepowodzeń. Łatwo napisać, że ratował ludzi, i pozostawić czytelnikowi obraz kolejnych udanych operacji. Karoń tego dnia widział również umierających pacjentów, którym nie mógł już pomóc. Pracował dalej, bo obok byli następni, ale ich śmierć nie przestawała mieć znaczenia.
Kobieta na schodach
Następnego dnia schodził boczną klatką schodową, gdy spotkał starszą kobietę. Wchodziła powoli, poruszała się z trudem. Zatrzymała go i zapytała, czy w szpitalu niema przypadkiem jej syna, Mariana Kubiaka. Nie wrócił na noc do domu, więc przyszła go szukać. Dla niej wciąż możliwe było dobre zakończenie tych poszukiwań: syn mógł być ranny, mógł potrzebować opieki, ale mógł żyć.
Karoń wiedział, że nie żyje. Nie odpowiedział jej od razu. Gdy kobieta dowiedziała się o śmierci syna, usiadła na szpitalnych schodach i zaniosła się płaczem. Lekarz odszedł bez słowa. Nie potrafił jej pocieszyć, a zwyczajowe wyrazy współczucia wydawały mu się w tej chwili nieodpowiednie.
To jedna z tych scen, przy których sam najdłużej się zatrzymuję. Matka szła po wiadomość o dziecku, lekarz miał jej przekazać najgorszą. Przed chwilą potrafił nazwać obrażenia, ocenić stan chorego i podjąć decyzję o operacji. Teraz nie znajdował słów, które choć trochę ułatwiłyby spotkanie. Jego milczenie jest dla mnie zrozumiałe. Nie każdą sytuację można naprawić odpowiednio ułożonym zdaniem.
Na korytarzu spotkał również ojca trzynastoletniego Romka Strzałkowskiego. Znał już nazwisko chłopca, którego ciało znajdowało się w prowizorycznej kostnicy. Musiał poinformować mężczyznę, że syn jest w szpitalu, ale nie żyje. Ojciec żądał ponownego sprawdzenia i mówił o chorej żonie, której nie wiedział, jak to przekazać. Do obowiązków lekarza dochodziły więc rozmowy, na które nie przygotowywał żaden zabieg ani obchód.
Szpital przyjmował rannych, ale stawał się także miejscem poszukiwań. Przychodzili ludzie, którzy od wielu godzin nic nie wiedzieli o bliskich. Pytali o nazwiska, oglądali sale, zatrzymywali pracowników. Karoń nie mógł już myśleć o pacjentach wyłącznie jako o kolejnych przypadkach wymagających leczenia. Na schodach i korytarzach spotykał tych, którzy czekali na ich powrót.
Miasto po walce
Podczas tego dyżuru wyszedł również z drugim lekarzem i pielęgniarką do gmachu Urzędu Bezpieczeństwa, aby pomóc znajdującym się tam rannym. Po powrocie znów pracował w Raszei. Nie skończyły się ani zabiegi, ani opieka nad ludźmi, których już przyjęto. Nawet gdy na ulicach robiło się ciszej, w szpitalu pozostawali pacjenci wymagający dalszego leczenia.
Kiedy nad ranem znalazł się na zewnątrz, zobaczył czołgi, uszkodzone drzewa, rozbite szyby i przewrócone tramwaje. Ulice wokół szpitala nosiły ślady ostrzału. Było to to samo miejsce, na które spoglądał poprzedniego ranka, zanim rozpoczęły się operacje. Teraz wiedział już, kto mógł leżeć w miejscach, które mijał, i jakie rany powodowały strzały słyszane przez okno.
Karoń pozostał chirurgiem, rozwijał się zawodowo, później został profesorem. Mnie w tej historii interesuje jednak młody lekarz z czerwca 1956 roku: człowiek, który rozpoczął zwyczajny dzień pracy, a zakończył go pośród ciężko rannych i rodzin zabitych. Wykonywał operacje, asystował starszym kolegom, próbował pomagać. Kiedy nie mógł już nic zrobić dla pacjenta, pozostawał jeszcze ktoś, komu trzeba było powiedzieć, że nie wróci on do domu. Tak wyglądał jego najważniejszy dyżur.
Przeczytaj poprzedni wpis
Józef Granatowicz - Człowiek, który wiedział, co robić.
