Józef Granatowicz - Człowiek, który wiedział, co robić.
Kiedy czytam wspomnienia pracowników Szpitala Raszei, którzy mieli dyżur 28 czerwca 1956 roku, uderza mnie, jak często nazwisko dyrektora Józefa Granatowicza pojawia się w kontekście spraw z pozoru błahych i mało bohaterskich. Ktoś dostał zadanie, ktoś inny miał pozostać na stanowisku, trzeba było podać leki, zwolnić łóżka, wypisać chorych do domów, zadbać o jedzenie, zdobyć dodatkowe materiały opatrunkowe, przygotować rannego do operacji. Dopiero złożone razem te drobne czynności pokazują rozmiar odpowiedzialności jakie wziął na swoje ramiona człowiek, który w Czarny Czwartek nie mógł być tylko chirurgiem i zająć się wyłącznie ratowaniem rannych trafiających na jego stół operacyjny. Czuł się bowiem odpowiedzialny również za tych, którzy dopiero mieli trafić do szpitala, a przede wszystkim za tych, którzy mieli nieść ratunek. Musiał myśleć o całym szpitalu i o wszystkich rannych.
Józef Granatowicz w 1956 roku miał pięćdziesiąt pięć lat, kierował Szpitalem Miejskim im. Franciszka Raszei i był ordynatorem jego oddziału chirurgicznego. Nie był typowym dyrektorem placówki medycznej, on stworzył ten szpital, znał go od podszewki, zbudował pracujący tam zespół lekarzy i pielęgniarek, czuł się za nich odpowiedzialny, a oni darzyli go bezgranicznym zaufaniem, także w godzinach największego zagrożenia.
Szpital Raszei znajdował się zaledwie kilkaset metrów od siedziby Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego. Każdego innego dnia była to zwyczajna informacja o sąsiadujących budynkach. Tego dnia, gdy pod gmachem UB rozgorzały walki uliczne, odległość między tymi budynkami decydowała o tym, dokąd ludzie zaniosą postrzelonego kolegę i ile czasu pozostanie lekarzom na udzielenie pomocy.
Doświadczenie, które wróciło
To nie było pierwsze dramatyczne doświadczenie doktora Granatowicza. Wcześniej już wielokrotnie pracował w okolicznościach, w których zwyczajne rozdzielenie obowiązków przestawało wystarczać. Jako młody chłopak zaciągnął się do Błękitnej Armii tworzonej we Francji przez gen. Hallera, w 1920 roku walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, we wrześniu 1939 roku opatrywał rannych w Szpitalu Ujazdowskim. Podczas okupacji kierował stołeczną lecznicą „Omega”, którą w dniach Powstania Warszawskiego zamienił w powstańczy lazaret.
Był nie tylko chirurgiem i dyrektorem placówki, ale także jej komendantem. Odpowiadał za zapewnienie szpitalnych łóżek dla rannych i poszkodowanych, utrzymanie pracy zespołu, troszczył się także o bezpieczeństwo ludzi z sąsiedztwa, którzy nie zdążyli się ewakuować. Doświadczenia wojenne nie były kolejnymi pozycjami w życiorysie, składały się na praktykę i wiedzę, której nie dało się zdobyć wraz z kolejnymi stopniami specjalizacji.
Blisko dwanaście lat po Powstaniu Warszawskim, 28 czerwca 1956 roku, stanął znowu przed wyzwaniem zamienienia w ciągu kilku godzin miejskiego szpitala w przyfrontowy lazaret. Dyrektor Granatowicz w pełni wykorzystał doświadczenia zdobyte w szpitalach polowych, czy lecznicach oblężonej stolicy, dzięki niemu w tej placówce polowej przy ul. Mickiewicza ocalono setki ludzi.
Znaczenie tamtych doświadczeń widać nie tyle w deklaracjach Granatowicza, ile w jego postępowaniu. Kiedy w mieście narastał niepokój, a robotnicy opuścili swoje warsztaty i fabryki, on zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji i próbował na bieżąco zbierać informacje o tym co dzieje się w mieście, ustalić jakie są zamierzenia władz, przygotować szpital na trudne chwile, a przede wszystkim zadbać o to, żeby niepokój nie udzielił się zespołowi.
Kadrowy – który spędził niemal cały ten dzień przy telefonie w gabinecie dyrektora – wspominał, że punktualnie wyszedł on na poranny obchód szpitala, jakby to był normalny dzień pracy, żartował z pacjentami, wydawał polecenia personelowi, jego postawa uspokajała emocje, wszyscy byli przekonani, że dyrektor wszystko ma pod kontrolą, a oni są bezpieczni. Jednak, gdy tylko przekraczał próg swojego gabinetu zmieniał się nie do poznania. Natychmiast żądał aktualnych informacji o tym, co dzieje się w mieście. Jego spokój podczas obchodu nie oznaczał beztroski. Traktował to jako część swojej pracy. Jako odpowiedzialny szef nie przenosił na podwładnych własnych obaw, mówił im czym mają się zajmować, co mają przygotować.
To bardzo ważne rozróżnienie. Łatwo opisać Granatowicza jako człowieka, który nie odczuwał strachu, trudniej zobaczyć w nim kogoś, kto nie pozwalał, aby strach przejął kontrolę nad zasadami panującymi w szpitalu, żeby ustalał porządek dnia. Personel widział swojego dyrektora na miejscu, na posterunku, słyszał konkretne polecenia, otrzymywał zadania. On był dla nich punktem oparcia. Nie potrzebowali informacji o tym, co dzieje się w Poznaniu, musieli wiedzieć, gdzie ma stanąć pielęgniarka, do którego oddziału skierować lekarza i komu zgłosić, że kończą się potrzebne materiały.
Odpowiedzialność za szpital
Jego współpracownicy wspominali, że zanim padły pierwsze strzały, on już wiedział, że to nie będzie normalny dzień pracy. Nakazał zwalniać łóżka zajmowane przez pacjentów, których stan pozwalał na wypisanie ich do domu, na jego polecenie przygotowywano dodatkowe miejsca, włączano do pomocy lekarzy innych specjalności. Szpital nie stał się przyfrontowym lazaretem, bo zmieniono jego nazwę, stawał się nim dzięki dziesiątkom drobnych decyzji, które krok po kroku przestawiały go na wojenne tory. Od ich starannego wykonania zależało czy ranny znajdzie tu pomoc, czy będzie ktoś, kto założy mu opatrunek, czy znajdzie się zespół mogący szybko go zoperować.
Komendant Granatowicz wydał polecenie by cały personel pozostał w placówce. W tej sytuacji miało to zasadnicze znaczenie – bo cóż z nawet najlepiej wyposażonej sali operacyjnej, gdy zabraknie chirurga i jego zespołu. Ale był jeszcze drugi, równie ważny powód podjęcia takiej decyzji. Dyrektor czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo podlegającego mu personelu, wiedział, że wyjście na ulice jest wielkim zagrożeniem, był przekonany, że szpital jest najbezpieczniejszym miejscem, dlatego chciał, aby pracownicy pozostali w tym bezpiecznym schronieniu.
Z opowieści wyłania się postać Granatowicza jako człowieka małomównego, stanowczego, skoncentrowanego, sprawdzającego osobiście, czy wszystko funkcjonuje prawidłowo. Ten obraz wydaje mi się bliższy jego rzeczywistej postawie niż figura samotnego wybawcy. On nie ratował osobiście wszystkich rannych. On rozdzielał zadania, dbał o to, aby sanitariuszki i lekarze mieli najlepsze warunki do udzielania pomocy rannym i potrzebującym, by mogli ich ratować. Sam odpowiadał za całość, koordynował pracę placówki. Dzięki niemu lekarze i pielęgniarki mogli koncentrować się na jak najlepszym wykonywaniu swojej pracy, nie musieli myśleć o niczym innym.
Granatowicz był nie tylko dyrektorem szpitala, ale także doskonały chirurgiem. Sam operował w najtrudniejszych przypadkach. Jego zastępca zapamiętał zabieg, podczas którego asystował ordynatorowi. Nagle rozległa się kanonada i brzęk rozbijanych szyb. W tej chwili niebezpieczeństwo przestało znajdować się gdzieś za murami. Wtargnęło do pomieszczenia, w którym na stole leżał operowany. Granatowiczowi nie zadrżała ręka. Poczucie obowiązku wobec pacjenta, siła przysięgi lekarskiej sprawiły, że nie przerwał operacji, mimo kul wpadających do sali operacyjnej. Gdyby się schylił zaprzeczyłby swojej pracy jako dyrektora, pokazałby, że nawet w szpitalu nie można czuć się bezpiecznie, a raz podważonego bezpieczeństwa nie można by było odbudować.
Granatowicz uważał, że szpital to miejsce, a lekarz to służba, która ma obowiązek udzielić pomocy każdemu, kto jej potrzebuje. Etos lekarski nakazywał mu ratować także tych, którzy stali po drugiej stronie barykady. Ta piękna deklaracja została w praktyce zweryfikowana 28 czerwca. Na jego biurku zabrzmiał głos telefonu. Dzwoniono z oblężonego przez demonstrantów Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. Żądano by doktor Granatowicz natychmiast tam przybył i udzielił pomocy medycznej rannym funkcjonariuszom oraz ich przerażonym żonom i dzieciom. On jednak stanowczo odmówił. Powiedział, że nie może opuścić placówki, bo odpowiada za życie i bezpieczeństwo podległego mu personelu oraz powierzonych jego opiece pacjentów. Nie odmówił jednak pomocy. Do gmachu bezpieki wysłał zespół ratunkowy, w którym znajdowali się dwaj lekarze i pielęgniarka. Oni udzielili niezbędnej pomocy medycznej wszystkim potrzebującym.
Dyrektor pozostał w szpitalu, przy swoich pacjentach i ze swoimi podwładnymi. Był jak kapitan, który nie może zejść z pokładu. Nie opuścił swojej placówki, ale nie odmówił ratunku ludziom znajdującym się w gmachu, przeciwko któremu zwrócił się gniew demonstrantów, którego rezydenci przysporzyli mu w życiu wielu nieszczęść.
Ratować także po opatrzeniu
Zagrożenie dla życia rannych nie kończyło się jednak wraz z zatamowaniem krwotoku czy wyjęciem karabinowej kuli. Zapisane w szpitalnych rejestrach informacje o udzieleniu pomocy postrzelonemu mogły stać się śladem, który doprowadzi do niego funkcjonariuszy. Dyrektor Granatowicz starał się ich ocalić, a ocalenie nie ograniczało się do przeprowadzenia operacji i założenia opatrunku, trzeba było także zadbać o zatarcie śladów.
Już rano dyrektor rozesłał sanitariuszki, by lżej rannych opatrywały w bramach kamienic i za załomami murów, aby nie trafiali do szpitala i nie blokowali jego możliwości udzielania pomocy ciężej rannym. Chciał im pomagać, ale ich nie rejestrować. Gdy lekko ranni trafiali do szpitala, kazał ich opatrywać i zaraz odsyłać do domu bez odnotowywania ich personaliów. Jego odpowiedzialność za pacjenta nie kończyła się na udzieleniu mu pomocy, ale sięgała znacznie dalej, polegała także na zadbaniu o jego bezpieczną rekonwalescencję.
Ta ostrożność, ta troska nie miała w sobie nic widowiskowego. Nie pozostawiała obrazów tak przejmującej jak wynoszenie rannego spod ostrzału. A przecież mogła ważyć równie dużo. Granatowicz kierował instytucją, która musiała nadal funkcjonować w państwie, którego aparat przemocy gotowy był ścigać uczestników protestu. Równocześnie nie mógł wydawać poleceń, które mogłyby narazić personel na konsekwencje. Dlatego nie zabraniał notowania, ale odsyłał rejestratorki do innych zadań, wskazywał rzeczy pilniejsze niż prowadzenie rejestrów, kazał notować pospiesznie na luźnych kartkach, z których dane nigdy nie zostały przeniesione do ksiąg szpitalnych.
Doceniony wysiłek
Doktor Granatowicz był prawdopodobnie jedynym człowiekiem zajmującym ważne stanowisko w Poznaniu, który 28 czerwca 1956 roku stanął na wysokości zadania, wiedział co powinien zrobić i to właśnie uczynił. Dzięki niemu wielu rannych podczas walk ulicznych nie dopisano do listy poległych. Zostali ocaleni. Lekarzy ratujących życie w takich warunkach odznacza się najwyższymi orderami. Doktor Granatowicz otrzymał… naganę.
Człowiekiem, który ją przyniósł był minister zdrowia Jerzy Sztachelski, który o godzinie 8.00 rano, 29 czerwca pojawił się w szpitalu. Dyrektor Granatowicz po 24 godzinach spędzonych w tym szpitalnym oku cyklonu zasnął w gabinecie. Obudzony przez doktora Cieślińskiego oprowadził ministra po szpitalnych salach i korytarzach, opowiadając o pilnych potrzebach związanych z koniecznością kontynuowania opieki i leczenia rannych. minister w milczeniu kiwał głową. Patrzył na wszystko z dużym niezadowoleniem. W końcu, patrząc na ubrudzone krwią ściany – wypalił – powinien pan dyrektor bardziej dbać o estetykę i higienę w szpitalu, jak można mieć takie ściany, muszę tu wysłać tu kontrolę z komisji sanitarnej.
Pracownicy, którzy towarzyszyli dyrektorowi podczas tego obchodu, byli oburzeni.
Nie trzeba dopowiadać, co Granatowicz wtedy poczuł. Wystarczy zestawić te dwa spojrzenia na szpital. Jego pracownicy wiedzieli, ile trzeba było zrobić, żeby nie przerwać pomocy. Przybysz dostrzegł stan ścian. Co istotne, we wspomnieniu mowa o zaniedbaniach wieloletnich, nie tylko o śladach pozostawionych przez rannych. Tym mocniej widać rozminięcie ocen: w budynku, którego niedostatki nie powstały poprzedniej nocy, ludzie zdołali wykonać pracę przekraczającą wszystko, co przewidywał zwykły dzień. Wizyta nie przyniosła im uznania, które czytelnik odruchowo chciałby w tym miejscu odnaleźć.
Gdy myślę o najważniejszym dyżurze Granatowicza, nie widzę więc wyłącznie chirurga pochylonego nad stołem. Widzę człowieka, który wiedział, że trzeba będzie operować także za godzinę, że pielęgniarka musi mieć czym opatrzyć następnego pacjenta, a ranny powinien bezpiecznie opuścić szpital. Tego dnia zbiegły się jego doświadczenia i obowiązki, lecz jego znaczenie ujawnia się przede wszystkim w pracy innych. Umiał stworzyć warunki, w których przestraszeni, wyczerpani ludzie nadal potrafili działać razem. Nie ocalił wszystkich, ale stworzył szansę na ocalenie tylu ilu się dało. I właśnie dlatego opowieść o Szpitalu Raszei powinna zaczynać się od niego.
Przeczytaj poprzedni wpis
POZNAŃ WSPIERA "SIŁACZKI"
